Poduszka ze sweterka

Takie poduszki ze swetrów bardzo mi się podobają. Te sploty, miękkość włóczki- fajnie to wygląda. Przy okazji porządków w szafie natrafiłam na swój sweter, którego już dawno nie nosiłam. Przymiarka swetra popsuła mi nastrój, bo jakiś ciasny się zrobił i krótki. Wstąpił się czy co? Może ja jakaś większa jestem. Wymyśliłam sobie, że właśnie z niego uszyję powleczenie na jakąś poduszkę. Padło na poduszkę na krzesło u syna w pokoju, bo jakaś wyblakła była i w niezbyt ładnym kolorze. Zabrałam się do pracy. Odprułam rękawy. Z jednej strony szwy boczne swetra i wycięcia po przyszytych rękawach zachowałam ( musiały wystawać tam paski z rzepami do mocowania poduszki do krzesła). Z drugiej strony musiałam obciąć nadmiar swetra i zrobić zgrabne wycięcie na rzep mocujący. Dół swetra też zeszyłam. Wszystko szyłam ręcznie, trochę mi zeszło. Efekt zadowalający, syn zaakceptował. Szybciej by było, gdybym szyła to na maszynie. Nie umiem niestety szyć, a maszynę omijam szerokim łukiem.

 

Gdy byłam mała i z siostrą na wakacje jeździłyśmy do babci, bawiłyśmy się tam w robienie w kartce dziurek, które później tworzyły coś na kształt biletów. Dzięki tym dziurkom świetnie się odrywały a my bawiłyśmy się w pociąg, kino lub w coś, co wymagało sprzedawania biletów. Odrywałyśmy te małe karteczki wzdłuż dziurek i na niby sprzedawałyśmy je jak bileterki. Babcia miała starą maszynę do szycia Singera, taką na pedał, więc robienie tych dziurek szło nam nawet sprawnie. Kiedyś byłam chora ( 8 lat może miałam), nie chodziłam do szkoły, strasznie się nudziłam, bo chyba już nieco ozdrowiałam. Mama coś tam szyła na swojej maszynie. Na chwile odeszła do jakiś innych zajęć, a ja szybciutko do maszyny, bo tych biletów chciałam sobie ” poszyć”. Maszyna była na prąd. Podłożyłam kartkę papieru, ale tej stopki nie opuściłam, chyba z pośpiechu i dawaj naciskałam na pedał. Nóżkę chyba ciężką miałam, maszyna szybko szyła, paluszki raczej mniej sprawne i nie podołały szybkości sprzętu, bo nagle trach i igła tkwiła w moim palcu. Nawet tak bardzo nie bolało. Chciałam szybko ten palec wyciągnąć, żeby mama się nie dowiedziała. A tu problem, bo igła palca puścić nie chciała. Jakoś sobie wymyśliłam ( pomysły dziecięcej głowy), że ja już teraz z tą maszyną będę musiała chodzić, bo palca się nie da wyciągnąć. Uczyniłam ryk wielki, mama przybiegła, kółeczkiem pokręciła, igła uniosła się do góry i palec uwolniony. Krew się polała, wizyta u lekarza, prześwietlenie ( na szczęście kość nie była uszkodzona i igła cała była), ale opatrunki, moczenie palca oraz opuchlizna i pulsowanie w palcu na długie lata zniechęciły mnie do szycia. Teraz nawet żałuję. Niekiedy mam ochotę coś uszyć, czegoś się nauczyć, bo jak widzę, co inni szyją to im zazdroszczę. Może jeszcze pokonam swoje lęki i nadrobię zaległości. A maszyna u mamy nadal ta sama.zdjęcie0305 zdjęcie0304

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.